wtorek, 23 lipca 2013

poniedziałek, 22 lipca 2013

Łan łej tiket - z rowerem przez Polskę

Oj, lubię takie wieczorki jak ten dzisiejszy. Jest cieplutko, przyjemnie, z głośniczków leci ładna muzyczka, a mnie napada chęć napisania czegoś. O tak. Fajne uczucie. Dlatego pewnie to doceniam, bo w przeciągu pisania tego posta pewnie kilka razy mi minie, jednak mam taką cichą nadzieję, że go skończę. 

Za dwa dni znów czeka mnie podróż... Znów, bo kolarz, który dużo startuje bardzo często jest w tej podróży. Jakby nie spojrzeć, to co sezon startuje w różnych zakątkach kraju. Ci lepsi jeżdżą za granicę. I przy każdym wyjeździe na wyścig czeka nas podróż i przynajmniej jedna noc poza domem... Nie wspominając już o zgrupowaniach, albo zawodnikach którzy jeżdżą po Pro Tourach... Kolarz jest w ciągłym ruchu. 
I mimo, że generalnie podróże są męczące, to jednak bardzo je lubię. 

UNO - Podróż długa
Generalnie każdy, kto trenował w jakimś klubie, albo teamie wie co to jest grupowy wyjazd na wyścig. U nas to wygląda tak: Stary, czerwony Transit w gazie, Rafał za kierownicą, do tego szóstka innych kolarzy, przyczepka na osiem rowerów (to tak na wypadek tego, gdyby się jeden wygrało na tomboli). 

W środku wala się cała masa zipów i piasku, który jest zwieziony z całej Polski z przeciągu kilku ostatnich lat. Na desce oczywiście cukierki odchudzające, przecinaczka i niewykorzystane talony na pasta party z kilku różnych edycji wyścigów. Do tego w schowku różnorakie medale, tak gdyby ktoś chciał się jakoś sam udekorować. Tak dla szpanu przed np. obsługą stacji benzynowej. A tak serio to tam leżą, bo nikt ich nie chce. 
Pomińmy jednak fakt jak wygląda i co jest w takim samochodzie "teamowym", bo to nie jest najważniejsze. Najważniejsi są ludzie. O tak. Wsiadając do samochodu pełnego kolarzy nie ma opcji, żeby trwała grobowa cisza. O nie. Gada się o wszystkim, toczy się ciekawe dyskusje... Ostatnio dobrą godzinę gadaliśmy o donosicielstwie, azylach politycznych, oszukiwaniu... Często wraca jak bumerang dyskusja na temat dopingu np: gdzie najlepiej kupować (oczywiście wiadomo, że jak koksy to tutaj: http://tiny.pl/hvcjf ). We wszystkich dyskusjach wiedzie prym Rafał wraz z Glonem. Prawnik i Fizyk to niezła mieszanka. Czasami wtrąca się Tomek Czerniak, a ja najczęściej się po prostu przysłuchuję, rzadko dorzucając swoje trzy grosze... 
Taka atmosferka ludzi, którzy znają siebie już stosunkowo dobrze, dogadują się i łączy ich pasja... 
I tak najczęściej mija nam mniej więcej kilkugodzinna podróż. Tylko co jakiś czas zatrzymujemy się na stacji, żeby busik mógł się najeść, albo na zwyczajną "sik-pauzę".

DOS - Podróż krótka
Generalnie, podczas rozmów ze znajomymi, gdy mówię, że jadę na wyścig w góry to zawsze pada standardowe pytanie: "Jedziesz rowerem?" Tak, tak. Biorę siedem sakw, trzy przyczepki i ruszam tydzień wcześniej. No generalnie nawet jak jedziemy na wyścigi tuż pod Poznań, to też jedziemy samochodem. Tak już się jakoś złożyło. I jak wygląda taka krótka podróż? Ano nijak. Wszyscy żrą, pobierają paszę, ładują węgle, robią masę. Jak kto woli. Do wyboru do koloru. Jak jedzie się tylko przez dwadzieścia minut to trzeba zrzucić na bok dyskusje o najlepszych koksach, tylko po prostu coś zjeść. I tak Rafał wyciąga swoje pierożki, Tomek wciąga kaszki, Glon nic nie je bo i tak ogoli bez jedzenia, Silva zapomniał kupić jogurtu, więc go nie je. Dopiero jak wracamy z wyścigu, to zdążymy sobie trochę pogadać. Wtedy jednak tematem topowym jest sam wyścig. Oczywiście podróż nie starcza na opowiedzenie nawet jednej dziesiątej tego co się działo, więc potem jak się wyładowujemy to jeszcze stoimy przez godzinę i gadamy dalej. Tak to już bywa. 
 TRES - Podróż pociągiem

Bardzo rzadko stosowany przeze mnie środek transportu. Przynajmniej jeśli chodzi o wyścigi. Bo po co mam kitrać rower do pociągu, skoro mam busa? Ale czasami zdarza się jechać na wakacje. I wtedy można zabrać się pociągiem. No chyba, że znajomi zadręczają Cię pytaniami "Na wakacje też jedziesz rowerem? Hue hue" i w swojej frustracji postanowisz im udowodnić, że tak właśnie zrobisz. No ale zakładamy, że jednak nie chcesz jechać rowerem kilkaset kilometrów w góry z siedmioma sakwami i przyczepkami. Więc jedziesz pociągiem. I od czego zaczyna się podróż? Mniej więcej od tego, że mimo wykupionego biletu na rower, musisz swoją maszynę pilnować w kiblu. Chyba, że  nie chcesz całej podróży stać na końcu wagonu i mówić przerażonym pasażerom, że ciągle jest zajęte i nie masz pojęcia kto tak długo może tam siedzieć. W takim wypadku stwierdzasz, że bilet na rower masz, to też powinien mieć swoje miejsce. I ku zaskoczeniu pasażerów w przedziale ładujesz go o tak: 
A potem mówisz: To mój przyjaciel Radek. 

QUATRO - PKS
To jest chyba najmniej wygodny środek transportu dla roweru. O tak. Zamknięty w ciemnej puszce, pod pokładem, trzęsie niemiłosiernie, a bagaże innych pasażerów znów gną Ci tarczę hamulcową. Ale zaraz, zaraz! Gdzie tak spieszno. Wpierw trzeba ten rower zapakować do tej paki. A to nie jest takie proste zadanie. Myślisz, że pan Leszek pozwoli sobie tak po prostu pakować jakiś tam rower do firmowego autobusu? Oj mylisz się. W końcu on dostaje premię za małe zużycie paliwa... a Ty tutaj taki złom chcesz mu wcisnąć. Pomijając fakt, że gdyby na tym złomie przejechał się trzy razy w tygodniu, to spalanie spadło by o jakieś 20%, a przy okazji nie musiałby siedzieć na siedzeniach dla pasażerów, żeby przed kierownicą zmieścić swój brzuchal. Tak więc pamiętaj. Jawne wsadzanie roweru do PKS-a jest obciążone dużym ryzykiem zostania na przystanku wraz ze swoim przyjacielem. Dlatego trzeba użyć sprytu:

  1. Stajesz na przystanku, najlepiej wraz z całą ekipą znajomych, którzy z Tobą jadą na wakacje. Bo co kurde sam będziesz siedział w górach
  2. Oddajesz bagaż jednemu z kumpli, poluzowujesz zacisk przedniego koła 
  3. Stajesz troszeczkę dalej od wszystkich, udając, że nigdzie się PKS-em nie wybierasz. Co najwyżej odprowadzasz znajomych. 
  4. Gdy tylko podjeżdża nasz wielki bus robi się szybka akcja: Znajomi robią szum przy bagażniku, wrzucasz przednie koło, wkładasz rower, dorzucasz wraz ze znajomymi dziesięc toreb
  5. Po mniej więcej dziesięciu sekundach prosisz o dwa ulgowe do Wygwizdowa 
  6. Obserwujesz kierowcę, który lekko zdezorientowany już nie każe Ci wyciągać "tego złomu", bo łączyłoby się to z kilkuminutowym opóźnieniem PKS-a. Chyba wie, że znajomym by się nie spieszyły z wyciąganiem swoich bagaży. 

Działa. Serio. 



Tak więc... Nie ważne czym, nie ważne dokąd... Ważne, że z rowerem. I te wszystkie nieudogodnienia, czy  też komentarze konduktorów albo pana Leszka zostaw w spokoju. Wynagrodzisz sobie to miłym treningiem w innym miejscu niż pod swoim blokiem.


Tomek-MTB


P.S Kliknąłeś/kliknęłaś? : )

Szutry, Sowy, frustracja i wyścig do samej kreski - Bike Maraton w Bielawie

Gdy tylko samochód organizatora odjechał do przodu, dając sygnał, peleton mocno ruszył. Zaczął się już podjazd, więc tak właściwie nie było szarpania, nie było żadnego spawania. Mocniejsi wyprzedzali, a słabsi? Spływali. Ja byłem w tej drugiej grupie. Od razu spłynąłem do drugiego sektora. Wyprzedził mnie Tomek Czerniak, a ja ciągle spływałem i spływałem. Może nie za bardzo dlatego, że nie dałbym rady mocniej pojechać, tylko raczej świadomość tego, że mam do przejechania jeszcze kilka godzin górskiego wyścigu powstrzymywała mnie przed zatarciem się. Taki miałem plan. Wiedziałem, że jestem po prostu słaby i bez formy. Jak się prawie w ogóle nie trenuje przez dwa tygodnie, to tak jest. Więc nie spodziewałem się cudów i od samego początku wyścigu w Bielawie jechałem mocno asekuracyjnie. Tak to wszystko się zaczęło. 
Pierwszy podjazd miał koło 15 kilometrów. Co prawda był on przycięty dwoma krótkimi zjazdami, to jednak można zaliczyć go jako jedną całość. Mniej więcej po pięciu kilometrach zmagania się z samym sobą dogonił mnie Jonek. Wyprzedził mnie, a ja wtedy stwierdziłem, że mogę pójść trochę mocniej.

Przyspieszyłem i wyprzedziłem kilka osób. Podniosło to od razu moje morale i dołożyłem kolejne waty. Na trasie zrobił się większy luz i pierwszy, krótki, szutrowy zjazd rozpocząłem wraz z Olą Podgórską. 
Kolejne metry podjazdu przyszły mi jakoś bardzo ciężko. Tak jakby mnie odcięło. Ale co? Teraz? Już? - takie myśli chodziły mi po głowie. Zorientowałem się jednak, że to nie tylko ja podczas wyścigu nawalałem - sprzęt też. Łańcuch spadł mi z kółeczka od przerzutki i kleszczył się miedzy wózkiem i tymże kółeczkiem. Szybko poprawiłem i zacząłem nadrabiać straty. Zostawiłem za sobą Jonka, Olę, p. Jasia Zozulińskiego... Poczułem się w końcu dobrze. Jednak ja już tak mam, że po pierwszym zjeździe (który nazywam resetem), kolejne podjazdy idą mi już o wiele lepiej. 
Po bufecie, na szerokiej szutrowej drodze dogoniłem Tomka Dopierałę. Za sobą dowiozłem kilku zawodników i zrobił się z tego mini peletonik. Chwilę odpocząłem, ale nie chcąc tracić kolejnych sekund wyskoczyłem na czoło i zapodałem mocne tempo. Po chwili zostałem prawie sam.
Po kilku minutach łatwej jazdy po szutrze, minęliśmy kolejny bufet i rozpoczęliśmy ostateczny podjazd pod Wielką Sowę. Muszę się wam przyznać, że w Bielawie startowałem pierwszy raz. Wiedziałem, że trasa nie należy do najtrudniejszych, więc przypuszczałem, że będziemy jechać prawie ciągle szutrami - tak jak to do tej pory wyglądało. Jednak w tym momencie wyścigu bardzo się zdziwiłem. Podjazd po luźnych, często niemałych kamieniach i korzeniach. Podjazd nie był bardzo stromy, ale za to długi. Mi osobiście, mimo tego, że w nodze nie czułem wielkiej mocy, jechało się przyjemnie. Lubię podjazdy, które wymagają nie tylko, a może nie przede wszystkim siły, tylko techniki. W mniej więcej połowie podjazdu zobaczyłem, że bardzo dziarsko tuż za mną poczyna sobie zawodnik w czarnej koszulce. Zorientowałem się, że to team z Bielawy i puściłem go przodem, co chwilę później okazało się bardzo dobrym posunięciem. Miejscowy kolarz znał podjazd i dobrze wybierał tor jazdy. Ja tylko powtarzałem to co robił i takim oto sposobem zbliżyliśmy się do grupki, którą już wcześniej obserwowałem. 
Tuż przed Wielką Sową dogoniłem Romka Badurę i razem rozpoczęliśmy zjazd. Wpierw szybko i szutrowo, potem jednak skręciliśmy ostro w prawo i zrobiło się trudniej. Dużo luźnych kamieni, jakieś małe skałki tu i ówdzie. Trzeba było bardzo ostrożnie wybierać tor jazdy (bo inaczej kończyło się tak jak na załączonym obrazku).  Romek jechał przede mną, lecz jak dla mnie jechał za wolno, więc jak tylko mogłem puściłem mocniej klamki, wyprzedziłem i puściłem się swoim tempem w dół zbocza zyskując cenne sekundy. 
Wypłaszczyło się, więc trzeba było dokręcać... Znów poczułem opór przy kręceniu korbą. Do tego jak robiłem to w przeciwną stronę niż normalnie, łańcuch się blokował przy przerzutce. Nie chcąc tracić sił, zatrzymałem się i znów szybko wyciągnąłem łańcuch, niestety właśnie w tym momencie wszyscy, których zostawiłem na zjeździe wyprzedzili mnie. Kolejną niespodzianką było to, że wypłaszczenie było bardzo krótkie i że zaraz znów trzeba było zjeżdżać. Z jednej strony to dobrze - zjazd był trudny, więc dogoniłem kolarzy i nawet częściowo wyprzedziłem. Z drugiej strony jednak nie tak fajnie, bo na dole znów musiałem poprawiać łańcuch. I powtórka z rozrywki. 
Zobaczyłem szuter i lekki zjazd. Ucieszyłem się, bo myślałem, że chociaż tutaj mi łańcuch nie spadnie. Jak bardzo się myliłem. Jedna większa dziura, mocny wstrząs i znów. Zatrzymałem się, zsiadłem z roweru i zacząłem na siłę prostować pogięty wózek. Szczerze mówiąc to nie wiem, gdzie mógł tak dostać. Podczas pit-stopu, wyprzedził mnie p. Jasiu, Tomek Dopierała. Wiecie, że to mocno frustrujące? Zostawiasz kogoś na podjeździe, robisz przewagę na zjeździe a potem znów wszystko tracisz... Eh. 
Po bufecie na 22 kilometrze zaczął się szybki, długi zjazd. Można było praktycznie puścić się bez klamek, bo mi się wyjątkowo spodobało. Prędkość w granicach 55-60 km/h i lekkie zakręty na wynoszącym szutrze. Dreszczyk adrenalinki. Potem mocne wyhamowanie, nawrót, przerwa na poprawę łańcucha i sztywny podjazd pod Sowę (chyba Sowę - pewien tego nie jestem). Nadrobiłem kilka straconych pozycji, poopalałem się trochę, bo podjazd był bardzo powolny, a lampa niesamowita. 
Potem znów bardzo ciekawy zjazd... W trawie, między którymi było wiele dołków, wiele skałek. Co ciekawe, mimo, że nigdy na tego typu zjazdach nie miałem czym się chwalić, to teraz jechało mi się świetnie. W końcu, nie wiedzieć czemu, znalazłem dobrą pozycję za siodłem - taką która pozwala mi jechać bardzo płynnie, z pełną kontrolą. Jedyny minus - bolące palce, które czuję do dzisiaj. Poćwiczę trochę i będzie dobrze. No... i na zjeździe znów nadrobiłem. Zbliżyłem się znacząco do Tomka i Jasia... 
Poprawka łańcucha i już ich nie widziałem. Trochę przybity faktem, że sprzęt psuje mi wyścig zacząłem sztywny podjazd w terenie, który potem przeszedł w jeszcze sztywniejszy podjazd po płytach. Przyczepność była dobra, więc też fajnie się jechało. Po płytach zjechałem na szuter i kilka minut później zameldowałem się na rozjeździe MEGA/GIGA, gdzie skręciłem na II Rundę zaczynając podjazd pod Wielką Sowę. 
Jak to już bywa na drugiej rundzie, mimo zmęczenia, podjazd minął jakoś szybciej (ciekawe czy czasowo też, czy to tylko psychika, chociaż obstawiam tą drugą opcję). Minąłem p. Jasia, który bardzo nieszczęśliwie złapał laczka. Zaczęło się też dublowanie megowiczów. Na szczęście było na tyle szeroko, że udawało się to bez większych problemów. 
Po zjeździe z Wielkiej Sowy, który poszedł mi lepiej niż rundę wcześniej, spotkałem na trasie Piotra Berdzika, który złapał laczka. Ja poprawiłem łańcuch, on zapiął koło i ruszyliśmy dalej wspólnie. Co prawda przed bufetem mi odjechał, jednak chwilę później na nim się znów spotkaliśmy - on pompował koło, które się do końca nie uszczelniło, ja uzupełniałem izotonik we flaszce.
Ruszyłem wcześniej i spokojnie pokonywałem kolejne podjazdy i zjazdy na trasie. Oprócz spadającego łańcucha, jazda sprawiała mi bardzo wiele przyjemności. Po prostu trasa przypadła mi do gustu. Żadne extremum. Po prostu górska. I nie jakaś trudna, nie łatwa. Taka w sam raz. 
Do rozjazdu w stronę mety za wiele się nie działo. Dublowałem megowiczów, zjeżdżałem, poprawiałem łańcuch, podjeżdżałem, dublowałem, zjeżdżałem, poprawiałem itd, natomiast później zaczął się kawałek trasy, którego jeszcze nie znałem.
Zmęcznie dawało się już we znaki, więc nie wiem czy wszystko zapamiętałem w dobrej kolejności... Wpierw był podjazd, na którym musiałem się mocno wygimnastykować. Wyprzedzałem dublerów już po krzakach, po jakiś bokach. Było ich dużo, więc nie mogłem sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Znalazł się jeden bardzo ciekawy zjazd. Może nie aż tak trudny jak z Sowy i Wielkiej Sowy, ale na zmęczeniu dal się we znaki, szczególnie w momentach, kiedy jechałem zupełnie poza ścieżką, żeby wyprzedzać. Znalazły się też jeszcze dwa sztywniejsze podjazdy. Na obu musiałem podprowadzać... ale były to odległości łącznie może z 15 metrów? Jednak butowanie było. A potem szybkie szutry...Na której nawiązała się walka.
Zobaczyłem, że jedzie za mną zawodnik SCS OSOZ Racing Team. Jechał szybko, więc domyśliłem się, że z dystansu GIGA. Puściłem klamki i zacząłem dokręcać. Nie było to zupełnie bezpieczne rozwiązanie, jednak wyścig MTB, to nie jest bezpieczne miejsce. Zrobiłem trochę przewagi. 
O dziwo nie spadł mi łańcuch, więc podjazd zacząłem bez strat. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie taki długi, więc od początku zapodałem mocne tempo. Za każdym zakrętem chciałem już widzieć
koniec, jednak podjazd ciągle się dłużył i dłużył. Ja na szczęście ciągle powiększałem przewagę. Gdy podjazd się skończył, miałem jej może z 30 sekund. Zjazd szutrowy zacząłem od razu od dokręcania. W głowie świtała mi myśl, że teraz tylko zjazdy i meta. Co chwilę oglądałem się za siebie, jednak nikogo nie widziałem - wyglądało na to, że chyba się udało... 
Aż do wypłaszczenia. Nie wiedziałem, że nastąpi, więc byłem trochę zaskoczony. Do tego oczywiście spadł mi łańcuch i gdy wsiadałem po krótkiej przerwie na rower, kolarz w SCS był już tuż za mną. Dałem z siebie ile fabryka dała, a gdy rozpoznałem okolice mety to już w ogóle przyspieszyłem. 
Ostatnie kilka zakrętów, jedna prosta i wleciałem miedzy banery reklamowe i zaraz już leżałem sobie na trawce, mając świadomość, że wyścig w Bielawie to już przeszłość. 

Zakończyłem wyścig na 28 miejscu OPEN i 12 w M2... Kolega z SCS startował z drugiego sektora i mimo, że na mecie byłem kilkadziesiąt sekund przed nim, to w wynikach jest miejsce wyżej. Taka lifa. Ale przynajmniej to była motywacja do walki aż po kreskę mety. I like it! 
Porównując czas ścigania i czas jazdy z licznika, wynika z tego, że na poprawianiu łańcucha straciłem koło 6 minut... Boli. Ale trudno. Wyścig miałem ukończyć i się udało. Wózek naprawiłem, teraz tylko potrenować i wrócić do dobrej dyspozycji.... 

Pozdro mordeczki. 
Tomek ;) 

środa, 3 lipca 2013

Co zrobić jak masz kilka luźnych dni?

Korzystając z kilku luźnych dni postanowiłem wybrać się na trochę w góry, żeby pojeździć na rowery. Jak to zwykle bywa jeśli chodzi o góry, pojechałem do Tylmanowej, w której mamy bardzo fajny drewniany domek. Tylmanowa to mała wioska koło Krościenka i Szczawnicy. W zasięgu kilkunastu kilometrów jest Beskid Sądecki, Pieniny i Gorce... Czyli generalnie mam gdzie jeździć... Ale wszystko po kolei. 
Zaczęło się od niezłej niespodzianki. Na dworcu PKP powiedzieli nam, że nie ma już miejscówek. Żadnych. A jeśli chcemy jechać z rowerem, to musimy mieć na niego bilet. A żeby mieć bilet na rower, to trzeba mieć miejscówkę. I to nie byle jaką, tylko właśnie w tym wagonie rowerowym. Fajnie, nie? Ostatecznie pomęczyliśmy panią trochę i znalazły się dwie miejscówki. Poszliśmy (-my, bo jechałem z siostrą, jej koleżanką i kumplem) na peron, a gdy podjechał pociąg to okazało się, że nie ma specjalnego wagonu na rowery. Dooobrze się zaczyna - pomyślałem i załadowałem rower do kibla informując chcących się załatwić,
że jest "chwilowo" zajęte.
Na szczęście później dostawiono nowy, wcześniej niezaplanowany wagon. Długo nie kazano nam się zastanawiać i wszyscy władowaliśmy się do pustego przedziału, zanim ktoś zdążył się zorientować. Zasłoniliśmy zasłonki, zgasiliśmy światło. Zawsze działa. Nikt nie chce się dokoptować. Radek też znalazł swoje miejsce. Nie wyobrażam sobie, żebym całą noc miał siedzieć przy kiblu. A tak to wszyscy mieli wygodnie i można było spokojnie spać.
Nad ranem dotarliśmy do Krakowa, gdzie mieliśmy kolejną misję - władować się z rowerem do PKS-u. Taktyka była prosta. Gdy tylko podjechał autobus i dopiero otwierały sie drzwi, mój rower już leżał w luku bagażowym i szybko dorzuciliśmy całą masę naszych wielkich plecaków bądź torb. Taktyka zadziałała. Kierowca chyba nie wiedział, że wiezie rower, bo jak po dwóch godzinach jazdy wyciągnęliśmy go z luku to wyglądał na lekko zdezorientowanego. I takim oto sposobem dostałem się do Tylmanowej, gdzie miałem spędzić kilka dni treningowych.

 FERST DEJ

Pierwszego dnia, zmęczony po całonocnej podróży postanowiłem się zbytnio nie forsować. Pojechałem sobie ulubioną szoskę. Z Tylmanowej na przeł. Knurowską. 20km lekkiego podjazdu non-stop, a potem 20km zjazdu. Generalnie na tym by się skończyło, gdybym nie wpadł na pomysł, żeby sobie potrenować na asfaltowej sztajfie - podjeździe pod Studzionki. 1,9km podjazdu i 270 m w pionie. Cyferki groźne, nie? Ano. I do tego jak przypiecze słoneczko to już w ogóle jest jazda. I tak sobie zrobiłem ten podjazd 3 razy i wróciłem. Miałem dosyć. Wracając złapał mnie deszcz. To za kare, że dalej nie trenowałem. 
Ostatnie metry przed przełęczą


A to sztajfa. Szkoda, że nie widać tego na zdjęciach

Dopadło mnie.


SEKEND DEJ
 
Drugiego dnia Tomek-MTB swoja słabą komóreczką nie porobił zdjęć, bo Tomek-MTB zapomniał ładowarki z Poznania i musiał oszczędzać baterie, w razie gdyby musiał dzwonić po GOPR. Albo czarnego busika. Ale to wtedy nie on by dzwonił. Tylko pewnie GOPR, który by mnie znalazł. Ale nie znalazł, bo nic sobie na szczęście nie zrobiłem. A gdzie jeździłem?
Było ciągle pochmurno, ale koło południa ruszyłem sobie standardową szoską na przeł. Knurowską. Tam wjechałem w teren. Było ślisko i mokro, ale jechało się fajnie. Podążałem czerwonym szlakiem w stronę Turbacza (1310 m. n. p. m.). Oprócz jednej sztajfy, którą podprowadzałem i dopadła mnie tam olbrzyyyymia ilość much (a fe!) wszystko było do podjechania. Jednak trzeba było młynek nie raz wrzucić. Jednak Gorce są bardzo wymagające. Nie spinałem się, ale albo w penwych momentach jechało się na zapieku, albo się butowało. Więc piekłem. Na szczycie dopadło mnie bardzo ciekawe zjawisko. Dosłownie jak już dojeżdżałem do schroniska nagle zza niego wypełzła ogromna chmura. Natychmiastowo zrobiło się wilgotno, zimno. Do tego widoczność ograniczyła się do kilkunastu metrów. Dojechałem do schroniska, zrobiłem tam sobie dłuższą przerwkę, zjadając szamkę i ruszyłem dalej.
Zjazdy... Uh.. Czyli to co w MTB lubię najbardziej. A szczególnie taki zjazd z Turbacza to coś pięknego. Zjechałem sobie tym samym szlakiem, którym przyjechałem. Zdrowy rozsądek kazał zwolnić ale mi się tak podobało pędzenie po łąkach, lasach, singlach... Nie mogłem odpuścić. 
Wróciłem sobie do przeł Knurowskiej, zjechałem asfaltem trochę w dół i znów zaatakowałem sztajfę na Studzionki. Tym razem jak wyjechałem na górę to skierowałem się czerwonym szlakiem w stronę Lubania (1225 m. n. p. m.). I tam było co robić. Dużo interwałów. Jechałem ciągle granią, więc co chwilę zapiek pod górkę, a potem zjazd. Jednak ciągle sukcesywnie wjeżdżałem coraz wyżej i wyżej. Po dotarciu na Lubań czekał mnie już tylko zjazd. Kiedyś już tam zjeżdżałem i mierzyłem czas. Tym razem udało się go pobić, aż o 3 minuty. 25 minut ciągłego szybkiego zjazdu... Jak ja to kocham. Pewnie dlatego, że w Poznaniu trudno znaleźć zjazd, który się jedzie dłużej niż minutę.
Wylądowałem w Krościenku i szybko pokonałem 10km szosą do domu. Moja wycieczka miała 80km i trwała trochę ponad pięć godzin. Fajnie było.

FIRD DEJ
 
Było lekko ponad 10 st i od rana padało. Długo czekałem aż pogoda się ogarnie, ale na szczęście po 11 ruszyłem sobie na kolejną wycieczką. Tym razem atakowałem Beskid Sądecki i Małe pieniny. Na szczęście mój telefon, który robi beznadziejne fotki, naładował się za pomocą ładowarki, którą pożyczyłem od kumpla-górala. On chyba ją podkradł siostrze, ale nie chciał mi tego powiedzieć. 
Wracając do wycieczki. Ruszyłem szosą w stronę Krościenka, potem dojechałem do Szczawnicy. Zaczęła się wspinaczka. Wpierw asfalcik, potem szuterek, a potem teren. Wszędzie było mokro i błotniście. Na szczęście nie miałem już na przodzie podjechanego Race Kinga, tylko bardzo fajnego Maxxisa Ikona, który nie dał się uszczelnić na mleczku. Więc może nie aż tak fajny. Wracając do jazdy. Podjeżdżałem sobie ciągle i ciągle aż do Prehyby (1173 m. n. p. m.). Z kilkoma butowaniami udało się. A potem zaczęło się PURE MTB. Serio. Kurde kocham ten szlak w stronę Wielkiego Rogacza... Ah... Piękna sprawa. Prawie ciągle singiel, z korzeniami, kamieniami. Czyli to, czego potrzebuje kolarz z wielkopolski do dobrego treningu. Trzeba było się nieźle na wygimnastykować, żeby podjeżdżać. Nie wspominając o zjazdach.Gdy dojechałem do Obidzy teren trochę się zmienił. Szlak zrobił się prostszy i bardziej mokry. Duużo kałuż, których po jakimś czasie już nawet nie starałem się wymijać. Na przełęczy Rozdziela (bo rozdziela Beskid Sądecki i Pieniny Małe) zrobiłem sobie przerwkę na szamkę, fotkę i ruszyłem dalej w stronę Wysokiej. W Pieninach zrobiło się błotniście, ale nie zamierzałem zjeżdżać ze szlaku.
Zrobiło się łatwo i przyjemnie, więc przejechałem sobie pod Wysoką przez Durbaszkę i dojechałem na Palenicę. Potem próbowałem zjechać stokiem narciarskim, jednak była tam wuchta gliny. Nie chcąc się wywalić trochę sprowadziłem a potem dokończyłem zjazd, co chwila dostając kawałkami błotnistej mazi wprost z oczyszczającej się opony. W Szczawnicy wskoczyłem na ścieżkę nad Grajcarkiem i zdaje mi się, że byłem chyba największą turystyczna atrakcją. W Krościenku w lodziarni, gdzie są najlepsze lody w całej Polsce, też na mnie dziwnie patrzyli. Tak się oswoiłem z błotem, że nawet nie zwracałem uwagi na to, że jestem po prostu upieprzony.
Zjadłem pyszne lody, a potem zrobiłem dziesięciokilometrowy sprint na pełnym zapieku. Wszystko po to, żeby jak najmniej zmoknąć na cholernym deszczu, który właśnie zaczął padać. Coś mi się jednak zdaje, że osiągnąłem efekt zupełnie odwrotny niż zamierzany. 
Ale cóż. Wycieczka znów miała pod 80km i trochę ponad 5h. Objętość w środku sezonu? Czemu nie? :)  


Było co podjeżdżać

To już Prehyba

Gdzieniegdzie przebijało się słońce

Zaczynają się single!

I korzenie!

I jeszcze więcej korzeni!

Kto by pogardził takim zjeździkiem?
Albo takim?





Panoramka. Startowałem na szczytach, które są idealnie na środku.

Trochę błotka na koniec

Najlepsze na świecie lody.




Przez kolejne dwa dni odpoczywałem przed wyścigiem w Myślenicach. A jako, że nie mieszkałem w hotelu, tylko u siebie to trzeba było kilka spraw ogarnąć... np:

   







Krótko mówiąc: aktywny wypoczynek.

Tomek-MTB

poniedziałek, 1 lipca 2013

Thule Cup XC - Mosina, czyli jak dobrze zakończyć tydzień.

    Wstałem gruuubo po godzinie dziesiątej. Niedzielny poranek był bardzo piękny, a ja, mimo startu dzień wcześniej w Myślenicach czułem się dobrze. Po obfitym śniadaniu, zabrałem się za reanimacje sprzętu. Trzeba było wymienić klocki hamulcowe, ogarnąłem napęd. Okazało się, że zatarły się także kółeczka od przerzutki. Na szczęście miałem jedne w zapasie i po ponad godzinie miałem rower wstępnie gotowy. Przejechałem się na dosłownie kilka minut, żeby dotrzeć hamulce, sprawdzić jak działają przerzutki. Nogi były lekko podmęczone, mimo to postanowiłem pojechać na wyścig XC z serii Thule Cup do Mosiny. Trasy tam nie znałem, w XC startowałem tylko raz w życiu, czyli jestem w tym kompletnie zielony. Stwierdziłem jednak, że to będzie bardzo dobra okazja, żeby wywrwać się z monotonności długodystansowego maratończyka i zrobić bardzo dobry trening interwałowy. 
    Start planowany był na 15:30, więc o 14:50 stawiłem się na miejscu. Poszedłem się zapisać, zapłacić i wtedy usłyszałem komunikat pana Kurka, że "przypominają o przesunięciu startu Elity na godzinę 15". Stanąłem jak wryty, spojrzałem na zegarek... To za 10 minut! Ładnie się zaczyna - pomyślałem i pobiegłem do samochodu, szybko przypiąłem numer startowy, ubrałem się, poleciałem na dosłownie kilku minutową rozgrzewkę i ustawiłem się na starcie.