środa, 23 stycznia 2013

Motywacja?

      Dzisiaj, podczas powrotu siłowni, zacząłem znajdować sobie wymówki dlaczego by tu nie pójść na rower... No bo oczywiście po siłowni duże zmęczenie, zimno na dworze... A poza tym to wszędzie śnieg leży i nie będzie dało się jeździć... "Pójdę wieczorem na basen." I tak uknułem sobie ten straszny plan, który pokazywał jakim jestem leniem.
     Wróciłem do domu, odpaliłem kompa i chwilę później fejsa. Trafiłem na ciekawy filmik, wrzucony przez mojego kumpla, pod tytułem "Najlepsza motywacja dla sportowca". Odpaliłem... obejrzałem...


...wstałem i zacząłem się przebierać. Przegryzłem coś na szybko, wziąłem rower i wybyłem z domu. 




    Tak. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że często brakuje mi motywacji, żeby wyjść na to zimno i jeździć... Ale najczęściej jednak ktoś lub coś powoduje, że po kilkunastu minutach oddalam się spod bloku na mojej zajechanej zimówce... 

Teraz zrób tak jak ja... zapisz ten filmik w zakładce i jeśli kiedykolwiek zabraknie Ci motywacji do treningu odpal go. 

Tomek-MTB

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Za co kocham kolarstwo - part 3

 Poznań, wiosna, rok 2012. 
     Tak właściwie to już nie pamiętam czemu byłem wtedy taki zły. Miałem po prostu ochotę wszystko rozwalić, nakrzyczeć na wszystkich, zjechać kogoś od góry do dołu. I wcale tutaj nic nie podkolorowuje na potrzeby tego tekstu... Po prostu mega wkurzenie. Na dworze deszcz, mokro, zimno, ale wiedziałem, że jest tylko jeden sposób żeby tego złego stanu się pozbyć - przebieram się i wsiadam na rower. W windzie moje słuchawki zaczynają nadawać głośną muzykę i odcinam się od świata dźwięków zewnętrznych. Wychodzę z bloku, wskakuje na rower i zaczynam jechać. Po dojechaniu nad Maltę (jeziorko, wokół  którego ludzie się rekreują - biegając, jeżdżąc na rowerach i innych wrotkach), postanowiłem porządnie się wyżyć. Wrzucam blat-ośka i zaczynam dusić kapuchę. Po kilkudziesięciu kilometrach ucieczki przed samym sobą, podczas wyścigu Tour de Malta, wracam do domu. Dziwna sprawa, bo wracam zupełnie inny niż przed kilkoma godzinami. Jak to możliwe?

Wchodzę do pokoju, w którym, przed chwilą, nosiło mnie i miałem ochotę wyciągnąć spod łóżka czerwony przycisk z napisem "DO NOT USE", otworzyć plastikową przeźroczystą klapkę, walnąć pięścią w przycisk i rozwalić cały świat. A teraz stoję zmęczony... ale szczęśliwy i radosny. Cholera! Jak to możliwe? - pomyślałem i poszedłem pod prysznic zacząć dzień "od nowa".  
     Takich sytuacji jak ta powyżej miałem w swoim życiu pełno i mógłbym o tym napisać osobnego bloga,  ale chyba nie muszę, bo mam nadzieję, że podłapaliście o co chodzi.
     Nie mam pojęcia jak to się dzieje i dlaczego tak się dzieje. Pewnie jakbym teraz poszukał u wujka googla, to znalazłbym sobie pierdzieści tysięcy artykułów, napisanych przez amerykańskich naukowców, o oddziaływaniu wysiłku fizycznego na samopoczucie. Nie muszę jednak wiedzieć jak to działa, żeby obserwować tego efekty. A jakie one są?  Tak jak w powyższym krótkim opisie: są bardzo, bardzo pozytywne. Najlepiej - jak na dłoni,  widać to w sytuacjach skrajnego zdenerwowania, czy stresu. Po prostu już od pierwszych obrotów korby czuję jak wszystko ze mnie schodzi, spływa. Umysł zaczyna inaczej pracować, zaczynam się skupiać na coraz szybciej ginącej pod moimi kołami drodze i... no właśnie. I o wszystkim się zapomina. Tak najzwyczajniej w świecie.
      Często można się spotkać z pytaniami jak można się szybko odprężyć,odstresować, zrelaksować po ciężkim dniu w szkole/pracy. Odpowiedz mam zawsze taką samą: "Rower. Choćby pół godziny..." U mnie zawsze działa. Nigdy nie próbowałeś? Może warto spróbować? Spróbowałeś? I jak?
       Jestem ciekawy, czy to tylko na mnie tak to działa... A może jestem aż tak kolarsko zboczony, że rower jest odpowiedzą na wszystkie pytania? Może i tak...;) Ale coś w tym całym wysiłku musi być... Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby po jakimś wyścigu wszyscy siedzieli po samochodach i się smucili... Jak tak się chodzi po miasteczku wyścigowym to widać pełno osób, które mimo zmęczenia, śmieją się, uśmiechają się... Z radością opowiadają jak to było na wyścigu, co przeżyli... Coś musi w tym być...

    I za to kocham kolarstwo. Za to, że bezproblemowo mogę się odprężyć, zapomnieć o problemach, uciec myślami zupełnie gdzie indziej... Za to, że mogę wyżyć się, zmęczyć, wrócić radosnym do domu... Za to, że prawie co weekend mogę być wykończonym po wyścigu... wykończonym, ale szczęśliwym.



Po siłowni i bieganiu zmęczony, ale szczęśliwy i radosny
Tomek-MTB :)


niedziela, 13 stycznia 2013

Tomek-MTB a stylówa. Stylówa a Tomek-MTB.

    Dziś miała się pojawić relacja z wyścigu XC z Żerkowa... Niestety z wielu przyczyn nie mogłem się tam wybrać. Tak więc w ramach rekompensaty wrzucam coś innego. Enjoy! 

      Bardzo długi czas kształtował się we mnie pomysł, aby napisać coś o "stylówie". Nie, nie stałem się kolejnym ekspertem od długości skarpetek. Ugryzę temat trochę z innej strony. Chciałem tak od siebie, tak po prostu, napisać jakie jest moje podejście do "stylówy" i całej jej otoczki. 
        Pierwszy raz na blog szymonbike trafiłem dobre pół roku temu. Szczerze mówiąc stwierdziłem, że ten cały pomysł ze stylówą to jest słaba rzecz i to tylko próba wylansowania się. Przeczytałem kilka postów, lecz po trafieniu na post o "Trzepaku miesiąca" stwierdziłem, że to za wiele i olałem. Potem była długa, długa przerwa. Dopiero ostatnio (jakiś miesiąc temu (?)) znów trafiłem na ową stronę i zacząłem się w to wszystko wgłębiać. 
        Zanim to zacznę komentować... Jak pewnie sami możecie ocenić, to jakimś mistrzem stylówy nie jestem. Mam czarny kask, słabe oksy, krótkie skarpetki i do tego buty Shimano. Nie mam 70cm w obwodzie uda, ani tkanki tłuszczowej na poziomie 2%. Okablowania też nie. W takiej sytuacji to ja powinienem siedzieć w domu i nie jeździć na rowerze. Bo jak tak można? Otóż można. I nie sprawiało mi to żadnych problemów. Ba! Mogę nawet powiedzieć, że jazda sprawiała mi przyjemność. Niesamowite. Trzepacko ubrany i przyjemność na rowerze?! 
      Może trochę przesadzam, ale chciałem pokazać coś co niestety ludzie czasami gubią przez taką otoczkę. Otóż, po co jeżdżę na rowerze? Jeżdżę, bo sprawia mi to przyjemność. Nie dlatego, że chcę się wylansować czy poszpanować nowymi butami. Na zawody nie jeżdżę, żeby pokazać nową koszulkę, tylko żeby zrobić dobry wynik. Na trening nie jadę po to, żeby wylansować się dobrym kolorem oprawek okularów - jadę po to, żeby potrenować. Oczywiście te rzeczy się nie wykluczają... ale trzeba wiedzieć, która jest priorytetem...


     Przykład z dzisiejszego dnia: Zimny niedzielny poranek. Wszystko pokryte śniegiem, a Tomek wybiera się na trening w terenie. Ubieram się ciepło i idę. Wyglądałem tak: czarny kask, pod nim szara czapka. Na klacie bluza byłej zawodowej grupy CSC. Dół to szare ocieplane spodnie i czarne ochraniacze na buty z membrany. Nigdzie nie można dostrzec znaczków Castelli czy innych włoskich firm. 
 Cytacik z zasad szymonbike: 
"- Wtopa ze stylówą oznacza naruszenie jakiejkolwiek zasady dotyczącej stylówy 
w elemencie ubioru który swobodnie mógłby być PRO, 
gdyby tylko Trzepakowi Miesiąca się chciało."
Nie wiem czy swobodnie mógłbym być PRO. Jeśli swobodnie w tym miejscu oznacza posiadanie tak z 1,5 tysiąca złociszy do przeznaczenia na ubrania, to nie mógłbym, bo takiej kasy nie mam. Trudno więc stwierdzić czy teoretycznie zasługuje na tytuł Trzepaka Miesiąca. A praktycznie? Bezproblemowo. I nawet mógłbym sam sobie go przyznać. A wiecie co jest w tym najlepsze? Zrobiłem 4-godzinny trening  i było mi "trzepacko" ciepło. 

Bo co by było gdyby... 

Rozjazd z kumplami? Oksy u cioci zostawiłem. A poza tym za krótkie skarpetki mam. Lepiej jak pojadę sobie sam, gdzieś do lasu...

Nie... na wyścig? Mam słabo dopasowany kask do stroju... Nie chcę być trzepakiem miesiąca. Zrobię mocny trening... oczywiście bez kasku. 

Pada deszcz... a błotniki nie są PRO. Pójdę jutro. 

Chętnie bym poszedł na rower mimo tego, że jest -5 stopni. Ale nie.. nie mam czarnej czapki. Nie będę przecież jeździł ubrany trzepacko. 
  
Nie.. nie zdejmę okularów. Co z tego, że przez błoto nic nie widzę. Stylówa musi być!


       Chyba trzeba określić, co jest priorytetem... Ja mam różne priorytety, jednak często nie ma w nich ubioru. Taki po prostu jestem. Nie oznacza to, że nie patrzę, co na siebie zakładam i co kupuję...

Przykład nr 1.: Kupowałem jakiś czas temu buty do ścigania. Przede wszystkim patrzyłem na rozmiar. Znalazłem kilka w numerze 49. Potem była cena. Nie śpię na złociszach, więc musiałem się ograniczyć do tych 400zł. No i tutaj pojawiał się dylemat. W tej kwocie nie było białych bucików. I co w takiej sytuacji zrobiłby stylówkarz? Nie kupowałby, tylko dozbierał te 200zł i kupił lśniąco-białe Spece. Ja jestem Tomek i kupiłem czarne buty Garneau. Trzepactwo na maxa, nie? 
Przykład nr 2.: Kilka dni temu decydowałem się na zakup okularów. Portfel ograniczał mnie do 150zł więc w tej kwocie szukałem... Szukałem... i znalazłem fajne Accenty. Przyznam się, że kierowałem się zasadami szymona i nawet przy okazji rozmowy się go jeszcze podpytałem. Dostałem "zielone światło" i zamówiłem. 

      To nie jest do końca tak, że mam głęboko tę całą stylówę i chodzi tylko o jeżdżenie. Też mam lustro w domu. Też chciałbym wyglądać jak profesjonalista. Dlatego jak tylko mam możliwość, to robię wszystko tak, żeby być coraz bardziej podobny do tych najlepszych. Przy kupnie butów inaczej się nie dało. Oksy będą OK. Jak może za jakiś czas będę kupował sobie kask, to też będę patrzył pod kątem stylówy. Nie jestem hejterem, a przynajmniej nie spalaczem. Dbanie o siebie i o stylówę jest fajne. Trzeba tylko gdzieś znaleźć granicę i stwierdzić po co tak naprawdę jeżdżę na rowerze. 

     

Na koniec tylko chciałem rzucić takie hasło do dyskusji... 
Szymonbike dba o stylówę i dba o brak spalarstwa... ale... 
Czy takie mega, hiper dbanie o stylówę nie zahacza o spalarstwo? 

Częściowo trzepacki
Tomek-MTB

czwartek, 10 stycznia 2013

Styczeń..? XC..? Żerków..? Czemu nie? Jedziemy!

    Witam was serdecznie. Tak sobie ostatnio przesiadywałem na "twarzo-książce" i dotarła do mnie wieść, że 13.01. jest organizowany wyścig w Żerkowie... 

      Środek stycznia i XC? Pogoda do bani - temperatura ma być minusowa. Trasa trudna... wesoło będzie jak jeszcze spadnie śnieg. W XC startowałem tylko raz w życiu... Do tego jeszcze ta studniówka na dzień przed... Kto w takiej sytuacji pojechałby na wyścig? Ja. 
            Tak więc może bardziej dla fun-u i rozprostowania kończyn wybieram się do Żerkowa. Co jak co, ale debiut w teoretycznie najmocniejszej kategorii musi być z pompą! Nie doczekam się marca, bo już od kilku tygodni nosi mnie i chce się ścigać. Ogólnie rzecz biorąc to w XC mam małe doświadczenie i uważam taki wyścig za świetną okazję, żeby je choć trochę powiększyć. :) 
      Informacja o wyścigu pojawiła się niedawno, więc jeśli jeszcze nic nie wiesz to zapraszam tutaj: http://xc-mtb.info/art534.html

     Tak więc trzymajcie za mnie kciuki...Nie za mój wynik - bo o pudło to ja raczej walczyć nie będę... A za mnie chyba się przyda - cobym nie padł po pierwszym okrążeniu w jakieś krzaki wypluwając płuca wraz z sercem. 

Kiedy to ja ostatni raz w beztlen wchodziłem...? Ups...
Lepiej trzymajcie te kciuki. 

Tomek 


piątek, 4 stycznia 2013

Za co kocham kolarstwo - part 2

     Muszę odpocząć od tej matmy... dlatego jestem tutaj i w kilku zdaniach postaram się napisać dlaczego kocham kolarstwo - part 2. Enjoy! 

     Na początek kilka cytatów z moich wcześniejszych wpisów: 

      " [...]Po kilkuset metrach zostaliśmy w trójkę: Szymon, Tomasz Urbanowicz i ja. Jechaliśmy szybko, ale bez żadnych szaleństw.. Tomek zaproponował umowę, że jedziemy tak do końca i jakby co to czekamy na siebie jeśli ktoś trochę odpadnie. Przystaliśmy na to i zaczęliśmy naszą drużynową jazdę. Jechaliśmy ciągle razem, zmieniając się na czole (głównie Szymon i ja), dużo sobie podpowiadając. Nie szaleliśmy na zjazdach, podjazdy też spokojnie. Po pewnym czasie Szymon powiedział, że bidon mu wcześniej wypadł i nie ma czego pić. Sam miałem na cały wyścig tylko 700ml, ale dzieliłem się, bo w końcu mieliśmy wspólnie dojechać do mety.[...]"

     "Podbiłem do Tomka i zapytałem: "Dwójkowo do końca?"  Ochoczo przyjął propozycję, więc nie pozostało nic innego jak zacząć pracować. Jechaliśmy ciągle razem, na zmiany, zważając żeby nie przeszarżować i żeby nikogo nie urwać. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy tak mi się dobrze z kimś w parze nie jechało. Praktycznie rozumieliśmy się bez słów. Zmiany wychodziły same z siebie, tempo było idealne - takie jakie potrafiliśmy utrzymać do końca."


     "Wiedzieliśmy, że ostatnie 20km jest  płaskie, więc pan Mieczysław Berezik zarządził mocną jazdę z częstymi zmianami, bez urywania siebie nawzajem. Żelek zaczął działać więc zaczęła się ostra jazda. Współpraca układała się znakomicie - jechaliśmy ciągle koło 32-34km/h."


     No i co w tym jest takiego... niesamowitego? Z początku też sobie nie zdawałem sprawy z niesamowitości opisanych tutaj wydarzeń. Dopiero gdy różnym znajomym opowiadałem o wyścigach, a oni zaczęli zadawać pytania zdałem sobie sprawę, że to o czym zaraz napiszę jest naprawdę cenną rzeczą w kolarstwie. "Tomek, powiedz mi jak to jest na tych wyścigach: co chwilę słyszę o jakiś zmianach, grupkach, pomocach... to wy się w ogóle ścigacie czy jeździcie na wspólne przejażdżki?" Tak jak teraz siedzę i się nad tym zastanawiam to rzeczywiście z zewnątrz może to wyglądać co najmniej dziwnie. Niby rywalizacja, niby walka... a jednak to nie wszystko. Jest jeszcze współpraca
     Najczęściej widać to na płaskich wyścigach: grupki, grupeczki, koalicje, kooperatywy i inne. Czemu? Po co? Przecież osoby  z którymi paktuje, są moimi przeciwnikami? No tak... są. Lecz z drugiej strony bez nich nie uzyskałbym dobrego wyniku. To oni przecież dają mi zmiany. Czyli ich wykorzystuję? Nie do końca...  Wolę nazwać to współpracą. I to jest to co lubię w tym sporcie. Dla niektórych może się wydawać, że na wyścigach przepychamy się, walczymy, obrzucamy błotem, podkładamy świnie... Jakże mocno by się taka osoba zdziwiła, gdyby zobaczyła współpracujące osoby (często nawet z tej samej kategorii wiekowej), czy też gdy ktoś złapie laczka - latające dętki i pompki w stronę pechowca...
     I te dwie ostatnie rzeczy są naprawdę zdumiewające. W tym sezonie 3 razy złapałem laczki na wyścigach. Wiele osób przejeżdżających pytało co się stało, czy nie potrzebuje niczego. A jak się mocno wywaliłem, to zatrzymują się i pytają czy nic mi nie jest. Nie wykorzystują tego momentu na ucieczkę. To jest jednak ta wyścigowa atmosfera. Nie ma tutaj dzikiej rywalizacji, wkładania kijów w szprychy, spychania  ze zboczy. Tutaj jest zdrowa, sportowa rywalizacja.
      Kolarstwo to sport dla twardzieli. Tu nie ma miejsca na chłoptasiowe złośliwości, uszczypliwości. Tu jeżdżą faceci z krwi i kości. Kolarze szanują się nawzajem.  Szanują cały wysiłek jaki włożyliśmy w przygotowanie się do wyścigu, szanują wszystkie podjęte wyrzeczenia na rzecz tego sportu, szanują nie tylko tych mocniejszych, ale przede wszystkim tych słabszych od siebie. Wszyscy wiemy na swojej skórze jak trudno osiągnąć coś w kolarstwie... 

       To jest naprawdę to co lubię.

Zdrowa, sportowa rywalizacja, 
szacunek do rywala, 
współpraca, 
atmosfera wyścigowa... 

Niech ktoś mi powie: 
Jak tego wszystkiego nie kochać?! 

Ja próbowałem odpowiedzieć na to pytanie. 
Nie udało się. 
   

czwartek, 3 stycznia 2013

Continental Race King - słowem dopowiedzenia

Dosłownie przed godziną skończyłem pisać pracę na Maturze próbnej z j. polskiego, więc w jednym ciągu piszę coś kolejnego :)

     Ostatnio przeczytałem sobie swój "test" Race Kingów i stwierdziłem, że kilka rzeczy w moim postrzeganiu tych opon się zmieniło. Przejechałem na nich więcej kilometrów, więcej wyścigów i mogę dopowiedzieć, bądź coś poprawić tu i ówdzie. Tak więc do roboty! 
     Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w moim teście to ciśnienie. Pisałem tam, że jeżdżę na tych oponkach z ciśnieniem 1.8-2.2 bara. Prawda. Jeździłem. Jednak możliwość dobicia w takiej sytuacji była za duża, szczególnie na górskich wyścigach i zacząłem pompować więcej. Te 2.2 bara traktuję teraz jako dolną granicę, a jeśli wyścig jest naprawdę szybki, bez trudności technicznych, (np. BM w Świeradowie - Zdroju) to zdarza się, że w oponie lądują aż 3 atmosfery. Wiadomo, że nie ma jednego dobrego ciśnienia dla danej opony, dlatego metodą prób i błędów trzeba pod siebie ustawić ten parametr. Ja próbowałem, błądziłem i w końcu doszedłem do takich ciśnień jakie mi odpowiadają. :) 
      Kolejną rzeczą, którą chciałbym "naprawić" to opis jazdy na korzeniach i kamieniach. Pisałem, że Race King spisuje się na takiej nawierzchni bardzo dobrze. Teraz jednak usunąłbym to "bardzo". Jeśli ktoś ma technikę, ma umiejętności i doświadczenie to poradzi sobie w takich sytuacjach. Z ręką na sercu muszę przyznać, że ja nie radziłem sobie najlepiej. Małe prędkości - OK, dało radę. Ale dokładając dużą prędkość, lub trudny podjazd, do tego kilka kropelek wody i leżymy. Będziemy się mocno ślizgać, oponka nie będzie trzymała tak jak agresywniejsze gumy. Nie ma przecież opony do wszystkiego... Niestety.
      Rzeczą której nie ująłem w poprzednim teście są ścianki boczne. Niestety w wersji Supersonic są jak z papieru. Gołym okiem widać jak po kilku wyścigach się przecierają. Szczególnie po wyścigu w Wiśle. Tam też zrobiłem dziurę w ściance. Nie była wielka, więc podkleiłem ją łatką do opony i od tamtego czasu trzyma się i spełnia swoje zadanie.
       Kolejną rzeczą do poprawki jest zachowanie się opony w błocie i na mokrych nawierzchniach. Pościgałem się na kilku mokrych wyścigach i muszę przyznać, że gdy oponka zapcha się błotem to trudno na niej się jedzie. Z gliną radzi sobie też słabo. Ale to, że radzi sobie słabo w mokrych warunkach nie znaczy, że  się kompletnie do nich nie nadaje. Da radę jechać, ale wymaga to większej ostrożności i czujności. Dlatego jak macie do wyboru inne, agresywniejsze opony na mokre warunki to polecam zostawić RK w domu :)

         To właściwie byłoby na tyle. Sam ten post mocno oczernia RK, więc proszę go czytać wraz z tym postem.

         Słowem podsumowania. Race King to naprawdę bardzo fajna, szybka opona na suche warunki. Gdy robi się mokro, zaczynają się problemy, ale przy dobrej technice i te da się wyeliminować. :) Ja sam bardzo gorąco polecam wszystkim tą oponę. Wiem, że sam będę na niej się ścigał w tym sezonie. Jedynie na jedynie trudne wyścigi w górach, lub błotniste będę zakładał inne.


Pozdrawiam
Tomek :)