poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Bike Maraton - Myślenice 2015. Debiut, szybkie zjazdy i bolące nogi.



Cześć.
Wracam właśnie pociągiem z gór. I podejrzane wydaje mi się,  że  nie jedzie za bardzo spóźniony, jest czysty, nowoczesny, zadbany… Mam gniazdko żeby podłączyć sobie laptopa… coś jest nie tak. Prawdopodobnie jest to jakiś wschodnioazjatycki pociąg, który zachęca swoją nowoczesnością, a potem wywozi nim ludzi do obozów pracy, albo coś w tym stylu. Dlatego obawiając się tego, ba nawet praktycznie będąc pewnym, że nie dojadę do domu postanawiam jak to zawsze robiłem napisać coś o wyścigu na bloga jeszcze w pociągu. I tym oto sposobem przed dziwnym moim zniknięciem w bezkresach azjatyckiej tundry ostatnim sygnałem jaki przekażę światu będzie wpis o Bike Maratonie w Myślenicach.



Do Myślenic miałem pojechać czwarty rok z rzędu. Generalnie można powiedzieć, że Bike Maraton w tym miejscu to pewnego rodzaju miejsce debiutów… w 2012 pierwszy raz wygrałem kategorię M1 na GIGA, w 2014 pierwszy raz w piątce OPEN na GIGA…  a 2015? Pierwszy start w sezonie. Czemu tak późno? Ponieważ w czasie roku akademicko-formacyjnego w seminarium nie za bardzo mam czas i możliwości wielkich treningów i startów… ale… swój miesiąc wakacji przesiedziałem w górach z rowerem, trochę pojeździłem i stwierdziłem, że mimo potężnej kilkudziesieciokilogramowej (jakiś kilogram? J ) nadwagi i zupełnego braku formy mogę spróbować przejechać się na wyścigu.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. W chłodno rozpoczynającą się sobotę wsiadłem z tatą w samochód i po godzinie jazdy byliśmy na miejscu. Skoro pierwszy start w sezonie, to trzeba załatwić biuro zawodów, ogarnąć numer i sektor. Na szczęście nie musiałem jechać z ostatniego, dostałem drugi, tak jak na koniec zeszłego sezonu.
Pojadłem sobie trochę, pokręciłem, poprzywitałem się ze znajomymi… Przyjechał Wojtek Polcyn, Glon, Tomek Czerniak, Jasiu Zozuliński, Romek Badura… oj trochę znajomych osób przewijało się co chwila koło mnie, krótkie rozmowy, przywitania… Po prostu taka atmosfera wyścigowa. Po roku przerwy, kiedy tak tego mi brakowało, czułem się tam jak ryba w wodzie.
Na dziesięć minut przed startem stanąłem sobie w swoim sektorze i spędzając czas na rozmowie z Jasiem Zozulińskim czekaliśmy na start. Oj, jak to wszystko wyglądało podobnie jak w zeszłych latach. Tyle tylko, że moje nastawienie trochę inne. Wcześniej nastawiony na wynik, przygotowany, skupiony, a teraz czekając na dobrą zabawę w przypominaniu sobie jak się jeździ na wyścigach. 
Choć trasę  w Myślenicach znałem bardzo dobrze, to jednak tym razem nie znałem swojego organizmu. Trudno było mi powiedzieć jak zareaguje na duże ilości kwasu, beztlenu i innych takich, więc decyzję o dystansie miałem podjąć na trasie. Marzyło mi się GIGA, jak to zawsze jeździłem, ale nie wiedziałem czy nogi też o tym marzą… Taktyka była jedyna słuszna. Jechać spokojnie od początku, starając się łapać często oddech… a potem się zobaczy.

O jedenastej ruszył sektor pierwszy, minutę później my. Pouśmiechałem się do siostry i taty, którzy stali przy starcie i rozpocząłem pierwszy w tym sezonie wyścig. Raczej z emocji niż wysiłku tętno skoczyło ładnie do góry, ale przejmować to się tym nie przejąłem. Wspólnie rozpoczęliśmy pierwszy podjazd… Od samego początku asfalt łagodnie prowadził nas ku górze, a ja nie za bardzo kwapiąc się do wyprzedzania podążałem raczej w tyle peletoniku drugiego sektora. Wiedziałem, że nawet jak pojadę na mega to i tak będzie gdzie wyprzedzać. Starałem się jechać równo, a na delikatnych wypłaszczeniach nie dokładać do pieca, tylko wręcz przeciwnie, starać się zbijać tętno i kręcić na wysokiej kadencji. Mimo to, im dłużej podjazd trwał tym wyprzedzałem kolejne osoby, które po pierwszym skoku stwierdziły, że muszą trochę odpuszczać. Po wjeździe w teren nastąpił króciutki zjazd i kolejne kilometry w górę, z tym, że po przyjemnym szutrze. Wspinałem się spokojnie, jednak coraz mocniej w porównaniu i do mojego startu i do innych kolarzy.
Przy końcówce podjazdów znalazłem się  w niewielkiej grupce, której już nie wyprzedzałem. Wiedziałem bowiem, że szutrowe zjazdy sprzyjają współpracy. I tak też zrobiliśmy. Czasami wysuwałem się na przód, aby naciągnąć ekipę, a zaraz potem chowałem się za w tym momencie szybszymi. Normalna sprawa.  Końcówka zjazdu była troszkę bardziej techniczna, wiec pozwoliłem sobie na „lewa moja” i trochę z przytupem puściłem się ostro w dół.
Oczywiście moja ucieczka nie była wielka i po kilkuset metrach byliśmy razem i rozpoczęliśmy wspólnie
podjazd po płytach. Ostro pod górkę, ale na szczęście dla moich nóg nie za długo. Po drodze siedziała i robiła fotki Ania Olszańska, padło „Cześć. Cześć”, z drugiej strony „pstryk, pstryk” i poleciałem dalej.
Mimo braku wyścigowych kilometrów jechało mi się bardzo miło i przyjemnie. Miałem wielką radość z podjeżdżania, wyprzedzania… po prostu ścigania. Jechałem spokojnie, tak, jakbym szykował się na dystans  GIGA. 
Po krótkim wystomieniu minąłem bufet, dotarłem do rozjazdu i kierując się na dystanse MEGA/GIGA rozpocząłem delikatny podjazd w stronę rund. Tereny znane, więc jazda płynna. Popatrzyłem przez chwilę na widoczki i przejeżdżając przez rów rozpocząłem prosty zjazd terenowy. Mimo, że prosty, to jednak grupka nieźle blokowała. Chyba udało mi się wyprzedzić z dwie osoby, ale na dużym poziomie ryzyka, więc stwierdziłem, że poczekam chwilę na asfalt. Gdy tylko nań wpadliśmy ruszyłem w dół. Sprawnie pokonałem dwie patelnie i następnie po płytach z wiatrem w kasku pokonywałem kolejne metry wcześniej zdobytego przewyższenia. Co prawda nie miało to większego znaczenia, ponieważ zaraz miał się zacząć podjazd, ale blokującą grupkę zostawiłem mocno za sobą i swoim (chyba szybkim :) ) tempem pokonałem ostry asfaltowy zjazd. Na dole ostra nawrotka, którą za pierwszym razem gdy startowałem w Myślenicach omal nie przestrzeliłem i pierwszy naprawdę wymagający podjazd. Długi, wpierw asfaltowy, potem po płytach. Moje przełożenie 26-36 nie pozwoliło na obijanie się, więc stosunkowo mocnym tempem wyprzedzałem kolejnych zawodników. Dogoniłem pana Jasia, ale na uśmiechy nie było siły. Nogi trochę piekły, ale to i tak nie odbierało potężnej frajdy z jazdy.
Po płytach nastąpił krótki zjazd w teren, troszeczkę zjazdu i kolejne metry przewyższenia znów na asfalcie. Zacząłem troszeczkę przyspieszać, tak, jakbym wpadł w rytm wyścigowy. Trochę pokulaliśmy się po aslfacie, wjechaliśmy w teren. Dogoniłem Kubę Hodyjasa, pogadaliśmy trochę, bo w końcu rok się nie widzieliśmy. Dopiero po wjeździe w trudniejszy teren, bardziej selektywny zacząłem troszeczkę odjeżdżać. Widać było, że niektórzy kolarze mieli problem z zostaniem na rowerach, ja jednak wiedząc co się kroi i zostawiwszy trochę zapasu w nogach ruszyłem mocno do góry.
Na końcu podjazdu mocno przyspieszyłem, wyprzedziłem dwie osoby tak, aby zjazd zacząć na pierwszym miejscu. Ostro w dół, po kamieniach, korzeniach, potem przejście w singiel. Doganiam Wacka Szwarca, Krzycha Andrzejewskiego…  Na końcu zjazdu mijam bez zatrzymania bufet i ruszam w stronę podjazdu. Zostawiam ekipę za sobą.
Po bufecie wpierw ostro pod górkę, a potem troszkę delikatniej, ale ciągle w stronę grani, którą także miło wspominam z poprzednich lat… W 2012 roku leciało się tutaj w chmurach, widoczność na może 30 metrów do przodu… trzeba było naprawdę rozglądać się za strzałkami, żeby nigdzie nie polecieć źle… Teraz bezchmurnie, słonecznie… Ale trasa ciągle ta sama. Po kilku kilometrach podjazdu krótkie, ale szybkie zjeździki. Są kałuże, kamienie, korzenie. Zostawiam kolejne osoby za sobą. Robi się coraz luźniej, ekipa się porozjeżdżała… Przypomina mi to wyścigi na GIGA, gdzie jechało się samotnie. Rower, przyroda, podjazdy, ty i twoje zmęczenie… Lubię to.
Niestety gdzieś na szybszym zjeździe gubię mój jedyny bidon. Nawet słyszałem jak leci, jednak zanim bym się zatrzymał i przeszukał te krzaki… stwierdziłem że nie ma co robić zamieszania. Puściłem się dalej w dół.
To był ten etap wyścigu w którym już cierpiałem na podjazdach, ale na zjazdach ciągle nadrabiałem i wyprzedzałem kolejne osoby. Może i w dobrej formie nie byłem, jednak człowiek tak szybko nie zapomina technicznych rzeczy. Zjeżdżało mi się naprawdę fajnie i szybko. Atakowałem agresywnie, wręcz może trochę nieroztropnie.
Po kilku chwilach szaleństwa w dół minąłem Tomka Czerniaka. Laczek. Coś tam krzyczał, prawdopodobnie to, że zaraz dogonię czołówkę i wygram ten wyścig… No dobra, może akurat to nie było to. Tak naprawdę to nie wiem, bo nie dosłyszałem. Poleciałem dalej w dół i szybko dogoniłem kilkuosobową grupkę. Jechał w niej m.in. Romek Badura. Trochę mnie powstrzymywali na singlu, ale chwilę później wyrwałem się lewą stroną i ruszyłem w stronę jednego z trudniejszych zjazdów na wyścigu.
Leciałem szybko i zanim zdążyłem zorientować się, że coś nie gra było „po ptokach”. Na sypkich kamyczkach uciekła mi przednia opona i wyfrunąłem. W locie stwierdziłem, że rano u spowiedzi i na mszy byłem, więc mogę umierać. Walnąłem w ziemię, ale zamiast zobaczyć niebo, białe chmurki i aniołów zobaczyłem niezłą chmurę kurzu i jeszcze lecącą Ankę. Jasny gwint. Miała być ładna śmierć, ale przed upadkiem zapomniałem ściągnąć kask. Z całego planu nici. Wstałem, szybko zebrałem Barracudę. Oszacowałem straty. Zamiast pięknej i szybkiej śmierci, udało się lekko wyczepić koło, skręcić sztycę wraz z siodłem, oraz zostawić trochę naskórka z obu rąk i nóg, pleców i biodra na Myślenickich kamieniach. Nie jest źle. Kolano, łokieć i dłoń dostały najmocniej, ale co było robić. Naprostowałem siodło, wsadziłem koło tak, aby nie chciało już uciekać i ruszyłem w dół. W międzyczasie wyprzedziło mnie kilkanaście osób, w tym Tomek Czerniak. Okazało się, że na dole na mnie czekał.
Spytał czy nic mi nie jest, jak się czuję… Okazało się, że stracił bardzo dużo czasu na ogarnianiu laczka i że opona nie trzyma za dobrze… Powiedział, że zjeżdża na MEGA i że będzie mi towarzyszył. Dawno przecież się nie widzieliśmy i nie gadaliśmy. Jako, że bidonu już nie miałem, to Tomek mnie poczęstował swoim. I tak wspólnie rozpoczęliśmy szutrowe podjazdy.
Zacząłem cierpieć. Nie tylko z powodu upadku, ale także mięśniowo. Nogi powoli miały już dosyć. Marzenia o dystansie GIGA zaczęły odpływać. Trzeba było więc polecieć na krótszy i dać z siebie wszystko.
Wraz z Tomkiem, który trochę poopowiadał mi jak to było na Sudety Challange, zaczęliśmy nadrabiać stracone pozycje. Po szutrach skręciliśmy na ostrzejszy podjazd. Jeden błędny ruch i musiałem kawałek butować. Na górze czekał Tomek i razem rozpoczęliśmy zjazdy.
Wyprzedzałem kolejne osoby i mimo bólu w ręce ciągle miałem wielką radochę z jazdy.
Po kilku kilometrach zjazdu dotarliśmy do bufetu. Zatrzymałem się na chwilę, napiłem się, Tomek naładował bidon izotonikiem  i zacząłem atakować jeden z ostatnich podjazdów na trasie wyścigu. Tomek mocno mnie dopingował, ja dawałem z siebie wszystko. Udawało się wyprzedzać poszczególne osoby, ale zapiek w nogach był już powoli nie do wytrzymania.
Przed rozjazdem do MEGA/GIGA udało mi się  nie podjechać kawałka podjazdu i zaliczyć butowanie. Zaraz jednak się pozbierałem i w myśl „albo w trupa, albo dupa” z grymasem na twarzy ruszyłem w do rozjazdu.
Zaraz po rozjeździe trochę zjazdu w terenie na którym tak jak na poprzednich prowadziłem naszą dwójkę. Wlecieliśmy na asfalt, Tomek poczęstował mnie izotonikiem i zaczęliśmy ostatni podjazd. Dokleił się do nas kolarz na rowerze KTM. Ja już nie miałem siły. Chciałem odpuścić. Tomek co chwile zachęcał do dalszej jazdy. Próbowałem kilka razy przyspieszyć, jednak podjazd ani nie chciał się skończyć, ani rywal nie chciał odpaść. Ciągnęło się to przez dobre kilka minut. Cierpienie na twarzy, zapiek w nogach niesamowity…  Poznałem końcówkę podjazdu. Zobaczyłem wieżę, która stoi na szczycie wyciągu… Stanąłem w pedały i ruszyłem. Tomek zobaczył mój ruch i zrobił to samo. Kolega trzymał się, trzymał, ale w końcu po którymś obrocie korby nie wytrzymał. Chciałem krzyczeć z bólu. Zrobiliśmy trochę przewagi, wypłaszczyło się, usiadłem. Tomek tylko rzucił kilka słów zachęty i zaciągnął.
Chciałem, żeby to wszystko się już skończyło. Zastanawiałem się po co w ogóle tu przyjechałem? Po kiego grzyba ładujesz się Tomek w wyścigi, jak nie jeździłeś przez cały rok…  Jeśli takimi tekstami rzucałem, to znaczy, że jechałem wszystkim co miałem.
W końcu jednak zaliczyliśmy koniec podjazdu i ruszyliśmy w dół. Na szybkim szutrze wyprzedziłem Tomka, potem  zaliczyliśmy ostry skręt w lewo i zrobiło się stromiej i trudniej. Zostawiłem za sobą kolarza, jeszcze jednego i jeszcze… Szubki zjazd w lesie, z ostrymi zakrętami przemienił się w dziki zjazd po płytach, potem asfalt… Znam teren, jadę ostro.
Mijam strażaków i teraz wiem, że czeka mnie dwa kilometry po płaskim do mety. Po chwili dogania mnie Tomczer, siadam na kole i staram się utrzymać. On oczywiście patrzy na mnie i dostosowuje do mnie swoje tempo.
W końcu wjeżdżamy na ścieżkę rowerową i do parku. Za nami nikogo nie ma… Przypomina się podobna walka z zeszłego roku. Wtedy jednak na GIGA i to o 4 miejsce OPEN…
Wjeżdżam na metę. Nogi pieką, ale to nie jest ten typ zmęczenia, który towarzyszy przejechaniu GIGA. Mam jeszcze siłę, żeby utrzymać się na rowerze. Żyję!
Podjeżdżamy do bufetu. Nogi bolą, kolano boli, ręce też… Ale jestem szczęśliwy. Nawet bardzo.  Udało się ukończyć i to nawet nie w takim  złym stylu wyścig.
Ostatecznie 43 miejsce OPEN i 20 w M2… 2h i 28 minut jazdy… Krótko… jeśli spojrzy się na poprzednie lata startów… jednak w tym roku to dobry czas. Dłużej w tempie wyścigowym na rowerze chyba bym nie wytrzymał. J A miejsce? 43 miejsce to szczyt marzeń nie jest, nie? Ale nie taki był cel, żeby wygrywać to, tylko żeby to przejechać. I to się udało. A patrząc zupełnie abstrakcyjnie, to po roku przerwy 43 miejsce na ponad 400 startujących… no dobra, chyba nie jest źle. :)
Potem trochę sobie pojadłem, przebrałem się, ogarnąłem szlify, w punkcie medycznym czymś tam mnie popsikali. Zjadłem nawet dobry makaron.
A potem przez kolejne godziny czekania na zawodników z GIGA i dekoracje miałem czas na rozmowy. Ze znajomymi których naprawdę dawno nie widziałem. Tym razem nie tylko wymienialiśmy się wrażeniami z trasy, ale także  z całego roku…  Padały pytania o seminarium, o to czy jestem pewny i czy mogę jeździć… Miłe :)

Reasumując:
Jedno jest pewne. Świetnym uczuciem było wrócić do peletonu kolarzy MTB. Chociaż z doskoku, chociaż bez formy. Super było sobie szybko zjeżdżać,  walczyć ze sobą na podjazdach… Mega przyjemne było gdy Tomek czekał na mnie i wiózł mnie do mety „bo dawno nie gadaliśmy i się nie widzieliśmy…”. Taki powrót z doskoku to piękna sprawa. :)

I potem trzeba było spakować manaty i wracać do domu… Szkoda było wyjeżdżać. Wszystko to mi się poprzypominało, i człowiek od razu chciałby więcej… Może jeszcze się w tym roku gdzieś uda wystartować… Mam taką cichą nadzieję.

Prawda jest też taka… człowiek na jakiś czas może „wyjść” z kolarstwa, jednak kolarstwo z człowieka chyba nigdy nie wyjdzie.

Pozdro!
Tomek-MTB

2 komentarze:

  1. Z mojej strony możesz liczyć na modlitwę.
    No i oczywiście życzę Ci więcej takich wyścigów.
    Najważniejsza jest dobra zabawa !!!
    Chciałabym Ciebie również zapytać o seminarium, czy naprawdę uważasz że to jest to ? Nie marzysz o założeniu własnej rodziny ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Z mojej strony możesz liczyć na modlitwę.
    No i oczywiście życzę Ci więcej takich wyścigów.
    Najważniejsza jest dobra zabawa !!!
    Chciałabym Ciebie również zapytać o seminarium, czy naprawdę uważasz że to jest to ? Nie marzysz o założeniu własnej rodziny ? Czy umiesz powiedzieć jakie to uczucie? Czy jeśli mógłbyś się wycofać zrobiłby pan to?

    OdpowiedzUsuń