niedziela, 9 września 2012

Krzaki, piach i mocne tempo... Grand Prix Wlkp - Koło

    Budzik zadzwonił o 5:44, gdy za oknem dopiero się przejaśniało... Kolejna słabo przespana noc przed wyścigiem. Słaby początek dnia - pomyślałem. Miałem nadzieję, że dalej potoczy się lepiej. Za 10 szósta udało mi się ostatecznie wygrzebać spod kołdry i zacząłem ogarniać rzeczywistość. Tak właściwie to prawie wszystko do wyścigu miałem przygotowane. Zjadłem płatki, przygotowałem izotonik, zrobiłem kanapki, zapiąłem plecak i już o 6:15 ruszyłem rowerem na drugą stronę Poznania. Pod dom trenera podjechałem o 6:42. Na liczniku zapisane 9km. Dobra rozgrzewka od samego rana - pomyślałem. W końcu przyjechali też inni: Jarek, Wojtek, Jonasz, Marcin (później zwanym Glonem) i Tomek Czerniak (dalej Tomczer)... Wrrrróć. Tomek przybiegł, bo złapał po drodze laczka. Spakowaliśmy rowery na przyczepkę, choć trochę czasu nam to zajęło, bo kiedy była projektowana przez Rafała (trener) nikt nie miał szerszych kierownic niż 580mm... A teraz 4 "najnery" i wszystkie koło 700mm... W końcu  jednak udało się i ruszyliśmy. Po drodze zebraliśmy Tomka Jakubowskiego i obraliśmy cel na Koło.... 
    Jechaliśmy ciągle we mgle, jednak z biegiem czasu (i drogi) unosiła się coraz wyżej, aż w końcu zupełnie znikła, wyszło słoneczko i zrobiło się ciepło. W okolice ruin zamku, gdzie był start, dojechaliśmy o 9:30. I tradycyjnie jak przed każdym startem: jedzonko, rozgrzewka, sektor, odliczanie...



    Ustawiony byłem bardzo dobrze, bo w 3 linii pierwszego sektora. Od początku miałem zamiar jechać mocno, ale to co zrobiłem przerosło moje oczekiwania. Otóż już na samym początku dopadłem czoła. Jechała większa grupa ludzi, nawet przez moment w jednym miejscu jechało 6 osób z Tarisu: Rafał, Jarek, Tomek Cz., Wojtek, Glon i ja. Jechało mi się wyśmienicie. Na 3 kilometrze trasy na czoło wyszedł chyba Glon i trochę porwał towarzystwo, jednak mi udało się zostać w pierwszej grupce. Dopiero na ósmym kilometrze na piaszczystym podjeździe dwaj kolarze od Rybczyńskiego zaatakowali. Ja się zamotałem w piasku i zostałem. Koło mnie jak "dzika kuna na koksie" przeleciał Rafał goniący pierwsze osoby. Ja jednak jechałem dalej swoje lecz czołówka OPEN odjechała. Do tej pory trasa prowadziła szerokimi ubitymi drogami, lub asfaltem. 
     Po chwili wyprzedziła mnie grupka goniąca, w której jechał Tomczer i Szymon Matuszak. Usiadłem na kole. Wyścig jechał dalej mocnym tempem, nie miałem jednak problemów z utrzymaniem tempa. Na kolejnym podjeździe łańcuch dziwnie zaczął mi przeskakiwać. Dziwne - pomyślałem - może nowy nie jest, ale jeszcze nie powinien skakać. Nawet bez dużego nacisku na pedały łańcuch "latał" na niektórych przełożeniach. Zdziwiony zobaczyłem w czym rzecz - w kasetę wkręciła się jakaś stara szmata. Nie było wyboru - musiałem się zatrzymać, ściągnąć szmatkę i  ruszyć pod górkę od początku. Jednak tylko te kilkanaście sekund straty zmieniło cały wyścig. Jak wyjechałem na górę, zobaczyłem jak daleko mi odjechali. I tutaj dla mnie zaczął się drugi etap wyścigu....
     19 kilometrów samotnej jazdy. Tak w skrócie można to opisać. Na długich prostych widziałem końcówkę grupy, jednak samemu trudno było kogokolwiek dojść. Co dziwne, za mną też nikogo nie było. Pustka. Co prawda po jakimś czasie minęła mnie jakaś grupka, jednak nie zdołałem utrzymać się na kole. Na dwudziestym kilometrze przejeżdżając nad autostradą zobaczyłem Wojtka Polcyna. Miał jakieś trzydzieści sekund straty... Wiedziałem, że to nadrobi, bo ja powoli opadałem z sił a on ostatnio jest w świetnej formie. Wyścig toczył się dalej na coraz ciekawszych odcinkach trasy. Trzeba przyznać, że Bartek Bejm, który wymyślał trasę postarał się bardzo. Podjazdy (których w okolicach Koła jest niewiele), głębokie piachy, krzaki, dziurawe ścieżki leśne. Jak na te okolice - trasa pierwsza klasa! Na około dwudziestym dziewiątym kilometrze dopadł mnie w końcu Wojtek kiedy to przestrzeliłem zakręt i musiałem się wracać.. Powiedziałem mu, że jedzie teraz na 3 miejscu. Przedstawiłem sytuację z początku trasy, życzyłem szerokiej drogi i puściłem go przodem. Nie było sensu walczyć o utrzymanie na kole, bo bym się tylko zatarł, a Wojtek powoli, powoli oddalał się. Wtedy dojechał do mnie kolarz na bardzo fajnym carbonowym Scott-cie. Usiadł mi na kole, więc musiał być zmęczony. Trochę pociągnąłem, potem jednak machnąłem na zmianę. Miałem nadzieję, że nie urwie minie od razu, ale tak się złożyło, że jechaliśmy w takim samym tempie. 
      Jazda na zmiany trochę mnie ożywiła. Już naprawdę byłem bardzo zmęczony. Kilka kilometrów dalej wpadł mi między koło a amortyzator jakiś długi kij. Na szczęście nie wleciał w szprychy, ale na nieszczęście obrócił czujnik i od tej pory nie mogłem posługiwać się licznikiem. Jechało mi się dobrze i mocno, jedynym minusem było to, że od początku wyścigu jeszcze nic nie zjadłem. Nie było po prostu gdzie. Odcinki asfaltowe były bardzo krótkie, a tak to ciągły nierówny teren i piaski. Ostatnie wymienione w pewnym momencie trasy stały się aż tak głębokie, że zaliczyłem spektakularny lot przez kierownicę. 
     Tuż przed drugim bufetem, który był usytuowany na 35km dojechałem do małej dwuosobowej grupki, która nadawała mocne, ale równe tempo. Na bufecie zatrzymali się, więc poszedłem w ich ślady złapałem  kawałeczek banana i pojechałem dalej. Trzymałem się tamtej dwójki, która jechała bardzo pewnie. Zaczęło się też wyprzedzanie ludzi z dystansu MINI, jednak nie sprawiali większych problemów. Nie dawałem zmian, bo jechali za mocno, żebym mógł jeszcze wyjść na zmianę - brak jedzenia dawał się ostro we znaki, a ciągle nie było gdzie jeść. Koło w koło przejechałem z nimi może 9 może 10 kilometrów. Potem stwierdziłem że odpuszczam żeby coś zjeść. Był to już początek drugiej godziny jazdy. Zjadłem pół batonika musli i ruszyłem w dalszą drogę sam. 
    Jechałem na czwartej pozycji w kategorii. Wiedziałem, że na podium nie mam szans. Od czasu gdy zjadłem batona jechałem już do samego końca sam. Na pięć kilometrów przed metą byłem już u skraju sił,  jednak zobaczyłem coś co mnie bardzo zaskoczyło. Ktoś z Tarisu prowadził rower. Podjechałem bliżej - Tomczer z laczkiem. Szybko spytałem czy chce dętkę, ale powiedział, że już nie będzie zmieniał. 
     Ostatnie kilometry to walka z samym sobą. Jechało mi się bardzo ciężko, ale miałem świadomość, że jestem na podium, więc dałem z siebie wszystko, żeby go bronić (nie wiedziałem, że nie ma przed kim). Wjechałem na metę z czasem 2:21:50 na skraju wycieńczenia. Całe ręce miałem usiane krwawymi paskami  i pręgami(chaszcze, krzaki przy dużych prędkościach zrobiły swoje). Wojtek Polcyn stał już na mecie. Okazało się, że wygrał z Arturem Sobkowiakiem. Poszedłem ogarnąć i umyć się (pod myjką do rowerów). Potem tylko jedzenie i czekanie na dekoracje. Organizator się tym razem postarał i dodał nagrody rzeczowe do medalu. :) Potem tombola na której nic nie udało nam się wygrać, pakowanie i powrót do Poznania. Do domu dotarłem koło godziny 19... 

      Podsumowując wyścig... Cała impreza bardzo fajnie zorganizowana w bardzo fajnym miejscu. Trasa - trudna jak na te tereny, Bartek znalazł dużo górek, góreczek. Brakowało tylko kilku singli więcej, ale tak to baaardzo fajnie. Moja dyspozycja była dobra. Sam początek wyścigu zaliczam do najlepszych w swoim życiu, potem było już słabiej. Wiem jednak, że przyczyną słabszej dyspozycji jest miniona długa kontuzja, która do teraz daje się we znaki. 
      W OPEN zająłem 31/94 miejsce... Normalnie nie byłbym zadowolony, ale teraz nie jest normalnie więc jakoś to przełknę. W kategorii zdobyłem swój pierwszy brązowy medal w życiu... Jednak nie ma co się zbytnio cieszyć. Tomek Czerniak był dziś o wieeeeele silniejszy i to on powinien stać na podium. Szkoda, że złapał gumę, bo należała mu się dekoracja. Ale pech to pech. Szkoda. 
     Duże gratulacje dla Wojtka Polcyna, krtóry moim zdaniem pojechał bardzo dobry wyścig. Należało Ci się to zwycięstwo :)

     Kolejny start... Tak właściwie to jeszcze do końca nie wiem. Albo pojadę na Bike Maraton do Polanicy-Zdrój, albo na Mistrzostwa Polski w Maratonie do Dąbrowy Górniczej... Muszę to jeszcze przemyśleć, bo na BM mam jeden start do generalki za dużo, więc jak nie pojadę to świat się nie zawali.... Pożyjemy, zobaczymy. :) 

Zdjęcia o ile jakieś znajdę, wrzucę za kilka dni :)


Pozdrowienia 
Tomek :)


zdj - Joanna Kujawa-Moleska

7 komentarzy:

  1. Gratulacje pudła po kontuzji :)

    A może o smarach do łańcucha dasz jakiś post ;D
    Bardzo jestem ciekaw czego używasz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję :)
      Używam Rohloffa. Ogólnie polecam. Jak ktoś umie wyczyścić napęd, a potem dobrze zabawić się w smarowanie to nie łapie dużo brudu i na długo starcza. Jedyny minus to cena, ale 100ml służy przez pół (a nawet więcej) sezonu. :)
      Posta o smarach nie będę tworzył, bo używam tylko jednego od dłuższego czasu i nie mam porównania. :)

      Usuń
    2. Po ilu kilometrach "słyszysz łancuch" ??
      Na maratonie - giga, że tak napisze "starcza, czy go troche brakuje"

      Usuń
    3. Na giga ze spokojem starcza.

      Usuń
  2. Jak zwykle fajnie się czyta Twoje relacje z wyścigów, szczególnie w czasie pracy :D

    Powodzenia w kolejnych startach !

    maltan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      I mam nadzieję, że fajnie się czyta nie tylko w pracy :D

      Usuń
  3. Gdzie znalazłeś foty z Koła??

    OdpowiedzUsuń