wtorek, 3 września 2013

Bike Maraton - Wisła i zagadka motywacyjna.

Heh. 
Jakieś pięć minut temu, na moim fejsie  podzieliłem się info, że nie mam motywacji do pisania na blogu i że na relację z wyścigu trzeba będzie jeszcze poczekać. I tylko jak wysłałem tego posta to dopadła mnie chęć napisania jej. Fajnie nie? Poczekałem chwilę, z nadzieją, że mi to szybko minie, ale nie mija, więc piszę. 
Zapraszam. 

Wszystko zaczęło się w piątek około godziny 8:00, czyli dokładnie wtedy, gdy spotkałem się z Tomkiem Czerniakiem na dworcu głównym PKP w Poznaniu. Plan był prosty Poznań -> Katowice pociągiem, Katowice -> Wisła samochodem z p. Jasiem, który jechał prosto z delegacji. Ja skoczyłem do Biedry po paszę na podróż, Tomek kupował bilety. Niestety pani z okienka stwierdziła, że nie ma miejsc na rowery, ale chwilę później wydała nam kwitki, że byliśmy po bilety, ale nam ich nie wydała. Powiedziała też, że mamy spróbować wsiąść do pociągu i jak będą miejsca na rowery to konduktor bez dopłat nam wyda bilety. Ok, ok. Miejsca na rowerki zawsze się znajdą. I stało się tak, jak powiedziała.
Podróż minęła spokojnie i bez problemów. Mieliśmy w przedziale zjaranego chłopaka, który jechał na kurs spadochroniarski, kibica, który wracał z meczu... Nie nudziliśmy się. 

 Schody zaczęły się przy wysiadaniu w Katowicach. Wzięliśmy swoje bagaże, poszliśmy do przedziału rowerowego który był zaraz obok...Chcę ściągać rower i z niedowierzaniem stwierdzam, że złapałem laczka. Na oponie zalanej mleczkiem. Fajnie. Nie za bardzo wiem jak to mogło się stać... Przecież to jest niemożliwe. 
A jednak. Chwilę później, zorientowaliśmy się, że powietrze nie zeszło tak samo z siebie... tylko ktoś mu pomógł. Japa w oponie miała z osiem centymetrów. Jak stąd do Krakowa. "No psychopaci, no". 

Dobra. Mieliśmy dwie godziny, żeby ogarnąć sytuację. GPS -> "Sklep rowerowy Katowice" -> wskaż drogę. Trafiliśmy do mbike.pl. Fuks jak nigdy dotąd. Już myślałem, że trafię do zapchlonej dziury w której za normalną przyzwoitą oponę będę musiał zapłacić tysiąc pięćset sto dziewięćset (1500 100 900), a trafiłem na przyzwoity sklepik z Maxxisem Crossmarkiem za normalną cenę. Chociaż to. 

Dobra, streszczam się, bo jeszcze nie dojechaliśmy na miejsce wyścigu, a Tobie pewnie już nie chce się czytać. 

fot. Marysia Lipowiecka
Ruszliśmy z Katowic z p. Jasiem, bla, bla, bla, bla, bla bla. Pogoda była piękna. Stałem w drugim sektorze startowym (bo taki sobie wybrałem - jestem "krulem" swojego życia!) i czekałem na start. Założenie było proste - od początku jadę sobie wycieczkę. Hehe. Jakbym nie mógł w Poznaniu, nie?
I moje założenia od początku realizowałem. Jechałem spokojnie. Spadłem tak do trzeciego-czwartego sektora. Oj strasznie mnie to bolało. Szczególnie, jak zaczął się podjazd i zobaczyłem, że jadę tak mniej więcej, pi razy drzwi, koło dwusetnego miejsca. O fak! 
Nogi podpowiadały, żeby zacząć nadrabiać, bo zaraz ktoś z przyczepką i trzema sakwami mnie wyprzedzi, ale umysł podpowiadał co innego. Na gorąco wymyśla się głupie taktyki na wyścig, więc trzymałem się tej wcześniejszej - nie spalać, nie kwasić, nie sapać. 
Dopiero w połowie podjazdu ludzie zaczęli zwalniać, a ja ciągle swoim spokojnym tempem rozpocząłem wyprzedzanie. Tłok i ścisk niesamowity. W czubie o tyle jest lepiej, że nie musisz wyprzedzać na czwartego. Ale teraz nie byłem w czubie. 
Mniej więcej na końcu pierwszego podjazdu znalazłem się już odrobinę bliżej osób, z którymi mogłem rywalizować. Przy trasie niestety spotkałem Tomka Czerniaka - laczek i Rafała - skręcony łańcuch. 
Pierwsze zjazdy to istna masakra - nie można było się rozpędzić.A szkoda, bo zjeździki szybkie i fajne. 
Rozjazd MINI/Mega&GIGA dał trochę ulgi. Szosowy odcinek, bufet, skręt w lewo i ostro po płytach do góry. Nie spalałem - jechałem ciągle spokojnie. 
Na podjeździe spotkałem Romka Badurę. Zaczęliśmy sobie gadać. Opowiedziałem mu historię o oponie, potem planie na 29era, o tym jaką ramę miałbym kupić.. i tak se gadaliśmy i wyprzedzaliśmy kolejne osoby. Dołączył się wtedy też do nas kolega na (chyba) 29erze Cube. Powiedział, że czyta mojego bloga. Uh. Fejm. Jestem rozpoznawalny. I tak sobie razem jechaliśmy. 
Po ciężkiej sztajfie zaczęły się zjazdy, na których moich kompanów rozmów trochę zostawiłem. Potem było kilka hopek, ale znów nikt mnie nie doganiał. 
Dopiero asfaltowy długi podjazd przywiózł mi do mnie Romka Badurę i innych. Złapałem na bufecie jakieś żarcie - banana.
Po asfaltowym podjeździe czekała na nas terenowa sztajfa. Pamiętałem ja z zeszłego roku, ale niestety nie udało się jej wyjechać. Zresztą.. przypuszczam, że pewnie niewiele osób ją wyjechało... Jeśli w ogóle ktoś. I tak sobie prowadziliśmy nasze rowerki, potem na nie wsiedliśmy. 
Dogoniłem wtedy Marka Dudkiewicza, który miał chyba jakieś problemy z napędem. Romek pojechał do przodu, Marek nie odpuścił. Za to ja odpuściłem. Wiedziałem, że nie mogę sobie jeszcze na za wiele pozwolić. Trasa prowadziła małymi hopkami i krótkimi zjazdami. Nic wielkiego. Zjazdy szybkie, łatwe.. może jeden czy dwa znalazły się takie, gdzie trzeba było wiedzieć jak trzymać kierownicę. Tak poza tym to spokój. 
Wjechałem na drugą rundę. Nie miałem zielonego pojęcia, jak dam radę to wszystko przejechać jeszcze raz. Technicznie było łatwo, ale fizycznie to jeden z cięższych wyścigów. Na podjeździe po płytach to z dziesięć razy szukałem lżejszego przełożenia niż 22/36. Niestety nie było. 
Zatrzymałem się na bufecie w połowie sztajfy. Zatankowałem. I patrzę tak na drzewo i widzę oznakowania
GIGA/MEGA ->  a zaraz poniżej... II Runda <-     Czy to... na prawdę...? Tak! II runda była krótsza. Spojrzałem w niebo, powiedziałem "Dziękuje Boże" i skręciłem w lewo.
Bomba nadchodziła. Zaczęła pukać, ale nie chciałem jej otwierać. "O nie moja droga. Dzisiaj tak łatwo nie będziesz miała."
Wyprzedziło mnie dwóch kolarzy z GIGA. Na pierwszy rzut oka było wiadome, że przynajmniej jeden z nich jest z M2. Do mety koło 15 kilometrów. Przede mną ostatni długi podjazd... Wziąłem żelka. I przyspieszyłem. Zmniejszyłem odległość nas dzielącą, a na podejściu miałem jednego z nich już rzut kamieniem. Ale nie rzucałem. Stwierdziłem, że wolę rozwiązać to po sportowemu i gdy tylko wsiadłem na rower, dołożyłem kolejne waty. Na sztywnym podjeździe odjechałem jednemu, skróciłem dystans do drugiego... Ale ten nie zamierzał się poddawać, a ponad to dobrze zjeżdżał.
Doganianie trwało długo. Pogadaliśmy chwilę i okazało się, ze jest z M3, ale nie chciałem odpuszczać... Jechałem tyle ile fabryka dała. 
Pierwszy raz od dawna czułem moc do końca wyścigu, więc i tego kolarza zostawiłem. 

Ja lotom! 

Zjechałem z rundy i skierowałem się do mety. Ostatni podjazd w korbach, potem już tylko z górki. Niebezpiecznie - bo po asfalcie. Prędkości grubo ponad 60 km/h, ale myślę już tylko o mecie. Wpadam na krótki singiel, kilka razy chwytam za klamki, potem znów wpadam na afalt i już wiem, że to ostatnie metry. 
W korbach do mety... i jestem już po wyścigu. 
Zadowolony z siebie. Zadowolony, że dojechałem, że żyję. 
Po tygodniu bez żadnego treningu (sic!) obawiałem się bomby na pierwszym podjeździe. 



Samopoczucie dobre, ale liczby już nie tak wesołe. 
24msc OPEN i 12 w M2. 
Do poprawy. 


A okazji w tym sezonie jeszcze kilka będę miał. 
Już za kilka dni Wałbrzych... od Golony. 


1 komentarz:

  1. Fajnie się czytało :) Ja tam lubię długie posty :)

    OdpowiedzUsuń